piątek, 12 marca 2010

Przemienienie Pańskie



Homilia na 2 niedzielę Wielkiego Postu

[Rdz 15,5-12.17-18;Flp 3,17-4,1; Lk 9,28-36]

Uczestnicząc w niedzielnej liturgii słowa, spróbujmy namalować w swojej wyobraźni trzy obrazy. Najpierw ten najstarszy sprzed 4000 lat. Bohaterem pierwszej sceny jest Abram, który rozmawia z Bogiem. Przyszły patriarcha zawiera przymierze, pakt z Wszechmogącym. Czyni to według archaicznego i mało zrozumiałego dla nas rytu, znanego na Bliskim Wschodzie. Warto zauważyć, że inicjatorem tamtego spotkania był sam Bóg, to On zaprosił Abrama do współpracy. Ludzką odpowiedzią na tamto zaproszenie była wiara, oparta na silnym osobistym doświadczeniu obecności Boga, przychodzącego w tajemniczym ogniu. Wiemy, że wcześniej Abram wykonał sporo pracy. Przygotował zwierzęta ofiarne, poukładał je, czuwał przy nich i długo oczekiwał wreszcie zasnął. Spróbujmy wyobrazić sobie twarz Abrama w momencie pojawienia się ognia, w którym objawiła się obecność Boga. Warto zobaczyć w tej twarzy obecny równocześnie: lęk i zdumienie, zachwyt, niepokój i zarazem radość.

Drugim obrazem, który próbujemy namalować jest zdarzenie, jakie miało miejsce 2000 lat później. Była to wizyta Jezusa z trzema uczniami na Górze Tabor. Dlaczego Jezus zabrał uczniów na górę? Przede wszystkim chciał umocnić ich wiarę, a w ten sposób przygotować na zbliżające się trudne wydarzenia związane z Jego męką i śmiercią. Czas, przeżyty przez Piotra, Jakuba i Jana na Górze Tabor, był dla nich przede wszystkim chwilą doświadczenia bliskości Boga i umocnienia Jego łaską. Zwróćmy uwagę, że umocnienie to, nie dokonało się automatycznie. Najpierw uczniowie musieli zaufać, odpowiedzieć na zaproszenie Jezusa do modlitwy, na propozycję spędzenia wspólnie czasu w górach. Nie wiemy, czy Jezus na początku przedstawił im cel tamtej wyprawy. Być może nie wiedzieli dokładnie, po co tam idą. Udali się na górę, bo tak chciał Jezus. Górska wędrówka trzech rybaków, przyzwyczajonych raczej do żeglowania niż wspinaczki, nie należała do najłatwiejszych i zapewne można było znaleźć wiele innych, znacznie przyjemniejszych form wykorzystania wolnego czasu. Późniejsza przedłużająca się modlitwa i długie oczekiwanie również nie były łatwym doświadczeniem dla uczniów Jezusa, skoro tak łatwo zostali zmożeni snem.

Mimo tych niesprzyjających i tajemniczych, zewnętrznych okoliczności nie wątpimy, że wejście Piotra, Jakuba i Jana na Górę Tabor było potrzebne. Warto było tam być, aby zobaczyć „blask Nieba” i usłyszeć głos Stwórcy: „To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie” (Łk 9,35).

Chcąc wreszcie namalować ostatni z trzech zapowiadanych obrazów, dodajmy kolejne 2000 lat. Przenieśmy się do XXI wieku, do naszej rzeczywistości. Tym razem bohaterem ostatniej sceny jestem ja/ty. Ja/ty – tzn. uczeń Jezusa, chrześcijanin Trzeciego Tysiąclecia. Czym dla mnie jest polecenie Boga adresowane do ludzkości, który nakazuje jej „słuchać” Chrystusa? Słuchać, tzn. doświadczać, uczestniczyć, przyjąć i także naśladować. Sądzę, że szczególnie dziś, uprzywilejowaną formą przemawiania Boga do ludzkiego serca, swoistą Górą Tabor i odnowieniem osobistego przymierza ze Stwórcą, jest czas Wielkiego Postu, jaki przeżywamy. Jesteśmy zaproszeni do słuchania Boga i doświadczania Jego obecności, do porządkowania i uzupełniania posiadanej hierarchii wartości, do odnowienia osobistej przyjaźni z Bogiem i umocnienia wiary. Nie jest to proces automatyczny. Raczej doświadczamy pewnej walki, pewnego trudu i oczekiwania.

Każdy z nas, pod wieloma względami przypomina utrudzonego Abrama, który dopiero nocą znalazł ukojenie swojego lęku, w chwili, gdy zobaczył płomień Bożej obecności i usłyszał Boży głos.
Przypominamy w tym apostołów z Góry Tabor, którzy po trudzie wspinaczki i modlitewnym czuwaniu, nagle czują się szczęśliwi, poznając prawdziwą tożsamość Jezusa.

Wejść w Wielki Post oznacza: podjąć świadomie wysiłek wejścia w doświadczenie ciszy. Ciszy, której tak bardzo nie lubi, a właściwie boi się, współczesny świat. Wielkopostna cisza wymaga nie tylko wyłączenia telewizora, radia czy komputera. Dużo ważniejsze jest wyciszenie serca, tak, aby znaleźć w nim te sprawy i te pytania, które są rzeczywiście najważniejsze w naszym życiu.

Wielkopostnemu doświadczeniu może towarzyszyć zarówno lęk, znużenie, zniechęcenie, jak również uczucie niepokoju, którego nie trzeba się bać, ani przed nim uciekać. Wystarczy przyjrzeć się z uwagą pojawiającym się lękom i obawom, spróbować określić prawdziwe ich przyczyny i zamienić je w zaufanie, oddając swój niepokój Temu, Który mnie zna, Który mnie kocha i Który liczy na mnie.

Bez wątpienia, z tych trzech obrazów, zaproponowanych do namalowania w swojej wyobraźni, najtrudniejszym do wykonania jest ostatni. Ale równocześnie jest on najważniejszym. Planując swój Wielki Post, trzeba być świadomym, że jego owoce zależą nie tyle od naszych postanowień, ale przede wszystkim od stopnia odkrycia mojego prawdziwego oblicza, kim jestem i świadomego odnowienia mojej osobistej relacji z Bogiem.

Homilia wygłoszona w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie dnia 28.02.2010 o godz. 12.30

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz